Pilna pomoc

Sed ut perspiciatis unde omnis iste natus error sit voluptatem accusantium doloremque laudantium.
Telefon dla osób doświadczających przemocy w rodzinie
Dla uzależnionych, jak i ich rodzin. Wsparcie w zakresie narkomanii i innych uzależnień.
Fundacja Vis Salutis - wsparcie merytoryczne i emocjonalne dla rodzin osób pijących
Ogólne wsparcie psychologiczne
Kiedy zaczynasz rozumieć, że nie uratujesz kogoś swoją obecnością

Kiedy zaczynasz rozumieć, że nie uratujesz kogoś swoją obecnością

Czasem bliska osoba uzależnionego człowieka przez długi czas wierzy, że jeśli będzie obok, dopilnuje, wytrzyma i nie odpuści, to uda się zatrzymać problem. Ten tekst jest o chwili, w której zaczyna docierać, że obecność może być ważna, ale nie może zastąpić decyzji drugiego człowieka.

W pracy terapeutycznej często spotykam osoby, które przez długi czas były bardzo blisko czyjegoś uzależnienia. Nie obok w sensie zwykłej bliskości. Raczej w ciągłym czuwaniu. W nasłuchiwaniu, w sprawdzaniu, w przewidywaniu nastroju, w czekaniu na telefon, w rozpoznawaniu po krokach, po głosie, po spojrzeniu, czy dziś będzie spokojnie, czy znów coś się wydarzy.

Na początku taka obecność wydaje się czymś naturalnym. Ktoś bliski pije, bierze, gra, znika albo traci kontrolę, więc człowiek próbuje być jeszcze bliżej. Tłumaczy, prosi, pilnuje, rozmawia, szuka argumentów. Czasem chowa alkohol. Czasem odbiera telefon o drugiej w nocy. Czasem spłaca dług. Czasem mówi dzieciom, że tata jest zmęczony, mama ma trudny czas, syn po prostu się pogubił.

Z zewnątrz ktoś mógłby powiedzieć: „przecież robisz wszystko”. I często właśnie to jest najbardziej bolesne. Bo człowiek robi wszystko, co umie, a uzależnienie nadal idzie swoją drogą.

Przychodzi taki moment, czasem bardzo cichy, w którym zaczyna się rozumieć, że sama obecność nie zatrzymuje choroby. Że można być blisko, a druga osoba i tak wybierze alkohol, narkotyk, hazard albo lek. Można powtarzać te same zdania, a one przestaną dochodzić. Można kochać kogoś naprawdę i jednocześnie nie mieć mocy, żeby za niego wyzdrowieć.

To nie jest łatwe odkrycie. Często budzi poczucie winy. Jakby odpuszczenie czuwania było zdradą. Jakby postawienie granicy oznaczało brak miłości. Jakby zajęcie się sobą było egoizmem, na który nie ma się prawa, dopóki druga osoba dalej niszczy swoje życie.

A przecież bywa odwrotnie. Czasem dopiero wtedy, gdy bliska osoba przestaje stale ratować, zaczyna się robić miejsce na prawdę. Na konsekwencje. Na odpowiedzialność. Na pytanie, kto naprawdę może podjąć decyzję o zmianie.

Nie chodzi o obojętność. To ważne rozróżnienie. Przestać ratować nie znaczy przestać kochać. Nie znaczy odwrócić się plecami ani udawać, że problem nie istnieje. Czasem oznacza po prostu koniec udawania, że jeszcze jedna rozmowa, jeszcze jedna noc czuwania, jeszcze jedno tłumaczenie i jeszcze jedna szansa wystarczą, żeby ktoś przestał pić albo brać.

Wielu bliskich osób uzależnionych nosi w sobie przekonanie, że jeśli tylko znajdą właściwe słowa, coś się zmieni. Że może poprzednio powiedzieli za ostro, za łagodnie, za późno, za wcześnie. Że może trzeba inaczej podejść, bardziej spokojnie, bardziej stanowczo, bardziej czule. I oczywiście sposób rozmowy ma znaczenie. Ale nawet najlepsze słowa nie zastąpią gotowości osoby uzależnionej do zobaczenia własnego problemu.

To właśnie w tym miejscu często zaczyna się moment, w którym przestajesz ratować. Nie jako jedna wielka decyzja podjęta raz na zawsze. Raczej jako powolne przesuwanie uwagi. Z pytania: „co jeszcze mogę zrobić, żeby on przestał?” na pytanie: „co dzieje się ze mną, kiedy całe moje życie kręci się wokół jego uzależnienia?”.

To pytanie potrafi zaboleć. Bo pokazuje zmęczenie, którego wcześniej nie było czasu poczuć. Pokazuje złość, której człowiek się wstydzi. Pokazuje samotność, mimo że formalnie żyje się obok kogoś. Pokazuje lęk przed przyszłością, przed decyzją, przed reakcją drugiej osoby, przed tym, co stanie się, jeśli człowiek przestanie wszystko trzymać własnymi rękami.

Wiele osób mówi wtedy: „nie wiem już, gdzie kończy się pomaganie, a zaczyna niszczenie siebie”. To bardzo ważne zdanie. Bo ono nie oskarża. Ono nie mówi: „już mnie nie obchodzi”. Ono mówi raczej: „ja też istnieję w tej sytuacji”. A to dla wielu bliskich osób uzależnionych jest pierwsza myśl po bardzo długim czasie.

Czasem rodzina tak długo skupia się na piciu, braniu albo graniu jednej osoby, że własne życie zaczyna być odkładane na później. Odpoczynek na później. Spokój na później. Rozmowa o sobie na później. Sen na później. Własne potrzeby na później. Tylko że to „później” potrafi trwać latami.

Dlatego tak ważne jest spokojne spojrzenie na to, czym może być terapia uzależnień widziana także z perspektywy bliskich. Nie chodzi tylko o to, żeby osoba uzależniona przestała pić, brać albo grać. Chodzi też o to, żeby bliscy zaczęli rozumieć, w jakim układzie emocjonalnym żyją i co mogą zrobić, nie przejmując odpowiedzialności za czyjeś decyzje.

Nie każda taka refleksja od razu prowadzi do wielkich zmian. Czasem na początku wystarczy jedno uczciwe zdanie wypowiedziane do siebie: „jestem zmęczona”, „boję się”, „nie chcę już tak żyć”, „nie wiem, co dalej, ale wiem, że dotychczasowy sposób mnie niszczy”. To nie są słabe zdania. Często są pierwszym kontaktem z rzeczywistością po długim czasie życia w napięciu.

Bliska obecność może być wartością. Może dawać człowiekowi uzależnionemu poczucie, że nie jest sam. Może być spokojnym komunikatem: „widzę, co się dzieje i nie będę udawać, że tego nie ma”. Ale obecność nie może stać się całodobową kontrolą, ratowaniem przed konsekwencjami i rezygnacją z własnego życia.

Nie da się przeżyć za kogoś jego kryzysu. Nie da się za kogoś uznać, że potrzebuje pomocy. Nie da się za kogoś wejść w terapię. Można natomiast przestać dokładać własne życie do choroby drugiej osoby. Można szukać wsparcia. Można zacząć mówić prawdę. Można uczyć się granic, które nie są karą, tylko próbą odzyskania rzeczywistości.

Jeśli czujesz, że jesteś bardzo blisko czyjegoś uzależnienia i coraz mniej wiesz, gdzie w tym wszystkim jesteś Ty, możesz napisać do mnie. Nie po to, żeby od razu podejmować ostateczne decyzje. Czasem pierwsza rozmowa jest po prostu miejscem, w którym ktoś wreszcie może powiedzieć na głos: „już nie daję rady tak żyć” i nie usłyszeć, że przesadza.

Avatar photo

Maciej Zapała

Nazywam się Maciej Zapała. Jestem certyfikowanym instruktorem terapii uzależnień (certyfikat KCPU) i od lat pracuję z osobami uzależnionymi od alkoholu, narkotyków, leków i hazardu. W swojej praktyce zajmuję się zarówno osobami uzależnionymi, jak i ich rodzinami. Na blogu Pierwszy Krok piszę o mechanizmach nałogu, procesie terapii i tym, co naprawdę pomaga wrócić do zdrowia i normalnego życia.